Wpis z Dziennika Brata Hadriana, byłego kartografa Królewskiej Akademii, spisany w cieniu Wschodniej Bramy Anatochei, Roku 1087 Po Zamilknięciu Źródła

Dzień czterdziesty trzeci mej pielgrzymki przez piaski Al-Murahat. Słońce znów spaliło pergamin mojej skóry, do niedawna jeszcze biały i delikatny, dziś podobny bardziej do smaganych wiatrem i piaskiem oblicz ludów miejscowych. Gdybym był poetą napisałbym jednak, że wiatr pustyni niesie więcej modlitw i cudów niż żaru i piasku. 

Nie jestem jednak wierszopisarzem, a poszukiwaczem, kartografem i naukowcem. Pozostanę więc w domenie faktów, i zaraportuję wydarzenia, które miały miejsce powstrzymując się (tam gdzie to możliwe) od przesadnego zachwytu i epitetów, które choć przydatne dla czytelnika, pozwalając mu na dokładniejsze wyobrażenie sobie rzeczy opisywanej, ujmują zapiskom moim akademickiego charakteru. A fakty są takie, że dziś po raz pierwszy widziałem mury Anatochei.

Trudno nie zachwycić się, patrząc na jej bramy, nie ma albowiem na świecie drugiego takiego miasta. Twierdza z kamienia i światła, wyrastająca z wydm jak miecz wbity w serce pustyni. Wieże jej – jak kielichy z marmuru – łapią niebo, a na blankach rycerze w czerwieni niosą sztandary ze złotym kielichem Salvarana, znakiem przelanej Krwi Zbawiciela.

Pozostańmy jednak przy faktach – Rycerze Kielicha, stalowi panowie tej ziemi. Zakon ten powstały jeszcze w czasach przed Ciszą w Liściach, gdy Kościół słał rycerzy na podbój pogańskich ziem północy, nie tylko mieczem, ale słowem i ogniem niosą Wiarę. Ich święta misja to ewangelizacja – jak sami mówią: „Nieść Kielich tam, gdzie ziemia spragniona.” A ziem spragnionych wciąż wiele, zwłaszcza tu, na południu, gdzie Salvara podobnie jak wszelka roślinność, nigdy nie zapuściła silnych korzeni.

To nie tylko żołnierze – to kaznodzieje, budowniczowie kaplic, tłumacze Pism na języki pustyni. W Al-Murahat głos ich rozbrzmiewa w domach i bazarach. I choć wielu lgnie do nich z nadzieją, są i tacy, co widzą w nich okupantów. Dla jednych — święci. Dla innych — żelaźni panowie z północy.

Niemal półtora wieku temu, na ziemiach pustynnych założyli rycerze miasto – osadę stanowiącą bastion, ochronę przed piaskiem i niebezpieczeństwami. Populację jego stanowi nawrócona ludność miejscowa, której kulturę pragnę zbadać głębiej, ale też znacząca grupa osadników przybyłych z czterech królestw. Skutkuje to niesamowitą wręcz różnorodnością na ulicach Anatochei, i wytworzeniem się kultury nowej, synkretycznej, będącej nie do pomyślenia w żadnym innym miejscu znanego świata.

Anatocheja nie jest wyłącznie warownią. Przekroczywszy Wschodnią Bramę, człowiek doznaje wstrząsu, jakiego nie sposób uświadczyć w chłodnych nawach naszych północnych katedr. Jeśli z zewnątrz Anatocheja jest zbroją, to wewnątrz jest żywym, pulsującym organizmem, który dusi i zachwyca jednocześnie. Pierwsze, co uderza przybysza, to inżynieryjny geniusz, z jakim miasto walczy z żarem. Ulice nie są tu szerokimi arteriami, jakie znamy ze stolicy, lecz wąskimi wąwozami, celowo zacieśnionymi, by wysokie kamienice rzucały na bruki zbawienny cień przez większą część dnia. Nad głowami przechodniów rozpięto płachty barwionego lnu, tworzące swoisty, falujący sufit, przez który słońce sączy się jedynie miękkim, wielobarwnym światłem, nie parząc, a jedynie złocąc kontury rzeczywistości.

Architektura tutejsza to doprawdy niezwykły mariaż surowego, północnego, alverneńskiego stylu z geometryczną finezją Południa. Widziałem domy kupieckie, których partery, wzniesione z ciężkiego granitu, przypominają warowne bastiony, lecz piętra wyższe eksplodują ażurowymi balkonami i loggiami, rzeźbionymi w piaskowcu z taką lekkością, jakby były koronką, nie skałą. Widać tu rękę tutejszych mistrzów, którzy w surową doktrynę budowlaną Zakonu wpletli swoje umiłowanie do przewiewności i ornamentu. Co rusz strzelisty łuk, tak charakterystyczny dla naszych kościołów, zostaje tu złagodzony, zaokrąglony, a zamiast ponurych gargulców, z rynien spoglądają na przechodniów stylizowane lwy pustynne i sokoły.

Najciekawszym jednak zjawiskiem, godnym osobnego traktatu socjologicznego, jest owa synkretyczność życia codziennego, o której wspominałem. Na Wielkim Bazarze, zwanym przez miejscowych Suq-al-Sefar, zapach palonej szałwii i mirry miesza się z ciężką wonią gotowanej baraniny i ostrej, północnej stali. Widziałem rycerza zakonnego w pełnej płycie, potniejącego niemiłosiernie pod słońcem, który targował się z miejscowym tkaczem o cenę dywanu, używając przy tym bezbłędnego pustynnego dialektu, ku zakoczeniu ciemnoskórego kupca, który odpowiedział mu perfekcyjnym alverneńskim.

Miasto Piasków i Żelaza zaprawdę jest tyglem, w którym metal dogmatu topi się powoli w żarze pustynnej codzienności, tworząc stop o właściwościach zupełnie nieznanych w Północnych Królestwach. Jest tu głośno, duszno i ciasno, a jednak panuje w tym chaosie pewna harmonia – harmonia konieczności, która każe dawnym wrogom dzielić ten sam cień i tę samą wodę.

Anatocheja stała się też nowym mocarstwem na arenie międzynarodowej. Wokół niej powstało na skutek podbojów i migracji całkiem sprawne Państwo Zakonne. Państwo to, uznane za legalny i niezależny byt w roku 1030 PZŹ, jest monarchią teokratyczną rządzoną przez komturów z Wielkim Mistrzem na czele. Człowiek pełniący urząd ten, najwyższy i najważniejszy na ziemiach Al-Murahat, formalnie nazywa się Królem Anatochei, choć przeciwnicy istnienia Państwa Zakonnego (a takich wśród wiernych na północy nie brakuje) nazywają go Królem Piasków. Przyznają, że podobno sam Arcyprymas mu błogosławił, a mimo to niektórzy szepczą, że to raczej efekt szantażu i politykierstwa Rycerzy, niż faktyczna i legalna sankcja państwowa.

Widziałem dziś orszak Króla – i był to widok godny uwiecznienia na rycinie najznamienitszego z alverneńskich mistrzów. Wielki Mistrz ubrany był w kolory Zakonu: czerń chłodnej zbroi, złoto ceremonialnego łańcucha z wizerunkiem Kielicha oraz głęboka czerwień płaszcza obszytego drogimi kamieniami z południowych kopalni, a poruszał się z majestatem, który na pustyni wydawał się wręcz bluźnierczy. Jego koń, okryty kropierzem z adamaszku, stawiał kroki ciężkie i miarowe, jak uderzenia kościelnego dzwonu. Wokół niego, ze zgrzytem stali, poruszała się jego osobista gwardia, rycerze tak starannie wyselekcjonowani, że zdawali się być odlani z jednego bloku czarnego żelaza. Lecz to nie splendor szat i rynsztunku przykuł moją uwagę, lecz oblicze tego człowieka, będącego jedynowładcą tak osobliwego państwa. W jego oczach – jak mi się zdawało – odbijał się jednocześnie żar pustyni, ten sam, który spala piasek w szkło, oraz chłód dogmatu, nieugiętej pewności, że jego wola jest wolą Zbawcy. Orszak przeszedł przez plac, a cisza, którą za sobą pozostawił, była głośniejsza niż wszystkie modlitwy na bazarze.

Nie wiem jeszcze, co ostatecznie myśleć o tym miejscu. Jest w Anatochei ta świętość, której nie można odmówić tym, którzy z gruzów i piasku wnieśli mury dla chwały Salvarana i postawili katedrę tam, gdzie królowały dawne bóstwa cienia. Jest tu i niekwestionowana duma Zakonu, który z garstki wojowników stał się państwem i fortecą na rubieżach świata. Ale za tą fasadą żarliwej gorliwości kryje się coś niepokojącego. To gorliwość skrajna, która ma siłę, by zrodzić cuda – utrzymać wodę w akweduktach, pokonać głód i nawrócić serca pogan. Lecz ta sama siła, ten sam bezkompromisowy żar, może w każdej chwili przeistoczyć się w ogień, który pochłonie synkretyczną kulturę tego miasta, zetrze niezależność miejscowych ludów i spali wszystko, co nie jest zgodne z najściślejszym prawem Kielicha. Czułem to w powietrzu: napięcie między kamieniem a piaskiem, między modlitwą a mieczem, między cudem a katastrofą.

Jutro ruszam dalej – ku miastom w głębi pustyni, gdzie Kościół dopiero zapuszcza korzenie. Ale coś czuję… wrócę tu jeszcze. Może jako pielgrzym. Może jako świadek nowego ognia.

 

Nota na marginesie arkusza siódmego, opatrzonego sygnaturą „Architektura Obronno-Sakralna Południa”. Sporządzono o zachodzie słońca, gdy cienie kładą się na wydmach niczym atrament.

Dla iluminatora, który (jeśli Bóg pozwoli, a piaski nie pochłoną mych tubusów) przerysowywać będzie te szkice w chłodnych salach Akademii:

Rycina winna oddawać przede wszystkim ów nienaturalny kontrast, jaki Anatocheja stanowi dla otoczenia. Niechaj piaski wokół będą barwy ugru i starego złota, mdłe i nieokreślone w swej formy płynności. Miasto zaś – i to jest punktum najważniejsze – musi ciąć horyzont linią ostrą i bezlitosną. Mury te nie są ulepione z gliny, jak chaty tubylców, lecz wzniesione z białego marmuru i jasnego granitu, sprowadzonego wielkim kosztem z północnych kamieniołomów. W pełnym słońcu lśnią one tak, że boleśnie jest patrzeć, jakby sama Salvara zstąpiła na ziemię w postaci architektury.

Centralny punkt kompozycji winna stanowić wschodnia brama miasta. Brama to potężna, łukowata, flankowana przez dwie baszty o przekroju oktagonalnym. Niech artysta zwróci uwagę na szczyty wież – nie są one zwieńczone typowym stożkiem, lecz rozszerzają się ku górze, imitując kształt mszalnego kielicha otwartego na niebiosa. Wewnątrz tych kamiennych czasz płoną wielkie ognie sygnalizacyjne (nawet za dnia dym ich widoczny jest z wielu staj), co symbolizować ma wieczną czujność i żarliwość wiary.

Na blankach, które winny być rytmiczne i wysokie, należy zaznaczyć obecność straży. Nie jako bezimienny tłum, lecz jako punkty czystej, nasyconej czerwieni. Płaszcze Rycerzy Kielicha stanowią jedyny żywy (oprócz sztandarów) akcent na tle zimnej bieli murów. Sztandary zwisające z murów są długie, smagane wiatrem pustynnym, przedstawiające złoty kielich na karmazynowym tle.

Tło za miastem niechaj będzie rozedrgane. Powietrze tutaj faluje od żaru, co sprawia, że dalsze wieże Anatochei wydają się unosić lekko nad ziemią, niczym fatamorgana, która jednak zyskała ciężar kamienia. Miasto jest mieczem wbitym w wydmę – rani ją i dominuje nad nią. Nie ma tu symbiozy z pustynią, jest podbój. To wrażenie surowej siły i obcości musi bić z obrazu.

Pod szkicem dopisać proszę: „Lux in Tenebris Arenae” (Światło w Mroku Piasków).

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry